musiała wyjaśnić, dlaczego
nosi szydełkowe torebki jak obietnice; sploty
pozwalają uciekać na zachód w dzień załamania
deszczu. ludzie jak liście, smagają twarz,
kleją się do obwoluty - w biliotece
to musiała być folia, naciągnięta i gładka
jak skórka jabłka. pewność, że jeśli ciepło
to tylko od krwi, z kolejnej otwartej blizny.
ostatnio produkują coraz cieńsze podeszwy.
idealną pewność, wiarę w lód.
czwartek, 24 stycznia 2008
daremnie
są miejsca jak woda w studni - przeciekają
przez dziurawe wiadra; robisz krok,
a jednak wracasz.
do tych wszystkich procesów
przyswajania horyzontu,
karmienia zwierząt, przejmowania się
chorym sąsiadem - znowu
stał w ogrodzie o szóstej rano
miał rozłożone ręce i udawał Chrystusa.
czeka. jak rzeczy, których nie przekręcisz
na lewą stronę, nie zaczniesz.
przez dziurawe wiadra; robisz krok,
a jednak wracasz.
do tych wszystkich procesów
przyswajania horyzontu,
karmienia zwierząt, przejmowania się
chorym sąsiadem - znowu
stał w ogrodzie o szóstej rano
miał rozłożone ręce i udawał Chrystusa.
czeka. jak rzeczy, których nie przekręcisz
na lewą stronę, nie zaczniesz.
wiersz lodowy
linia boczna domu jak ryba
wyślizguje się z objęć
czasu. coraz mniej
śladów małych stóp. za kątem
prostym błyskają cienie, skrzy się
lód. chodź, zabawimy się w chowanego,
jak wtedy, gdy było się świerszczem,
pasikonikiem, trawą. całe morze
trawy. teraz biel rozcina ostrzem
tęczówkę. kręcisz się w kółko
pytasz o sens. spójrz,
potrafisz chodzić po wodzie.
wyślizguje się z objęć
czasu. coraz mniej
śladów małych stóp. za kątem
prostym błyskają cienie, skrzy się
lód. chodź, zabawimy się w chowanego,
jak wtedy, gdy było się świerszczem,
pasikonikiem, trawą. całe morze
trawy. teraz biel rozcina ostrzem
tęczówkę. kręcisz się w kółko
pytasz o sens. spójrz,
potrafisz chodzić po wodzie.
rotacja
wstąp w drzewa - łaszą się
garściami. po cichu, dzikie grusze
i niesforne jabłonki. kiedyś ich młode gałęzie
jak piąstki wnuków gubiły się we włosach,
oplatały szyje. dzieliłeś więc czas
na owijanie resztkami szmat, podcinałeś
słowa, gdy niepewność; tłumaczenie świata:
pszczoła, Kasiu, jest jak człowiek.
atakuje, gdy skrzywdzisz
teraz zdarza się mylić, zmieniać
twarz i imię na prawdziwe. czasem
czuć strach.
babcia miała alergię. trzeba uważać.
garściami. po cichu, dzikie grusze
i niesforne jabłonki. kiedyś ich młode gałęzie
jak piąstki wnuków gubiły się we włosach,
oplatały szyje. dzieliłeś więc czas
na owijanie resztkami szmat, podcinałeś
słowa, gdy niepewność; tłumaczenie świata:
pszczoła, Kasiu, jest jak człowiek.
atakuje, gdy skrzywdzisz
teraz zdarza się mylić, zmieniać
twarz i imię na prawdziwe. czasem
czuć strach.
babcia miała alergię. trzeba uważać.
okienny
firany milczą o nas. potrójna warstwa
oczekiwania to natrętna mucha, którą zdzielić
trzeba książką. my o tym samym.
karmione mgłą stopy wycofują się
na północ. kierunek niezmienny,
żeby zachować horyzont u styku dłoni.
wiedzieć, gdzie znaleźć drzewo,
pod którym ukrywały się burze.
układam dni w ciągi zwarte. przyklejam
nowe karteczki. bo czasem
istniejemy w miejscach, do których
nie powinno się wracać.
oczekiwania to natrętna mucha, którą zdzielić
trzeba książką. my o tym samym.
karmione mgłą stopy wycofują się
na północ. kierunek niezmienny,
żeby zachować horyzont u styku dłoni.
wiedzieć, gdzie znaleźć drzewo,
pod którym ukrywały się burze.
układam dni w ciągi zwarte. przyklejam
nowe karteczki. bo czasem
istniejemy w miejscach, do których
nie powinno się wracać.
autobusowy
ostatnie drganie słońca. impresja
fioletu zamyka nas w wydartych
kartkach kalendarza. mamy wreszcie
coś wspólnego, jak autobus. przypadkowa
poczekalnia. uprowadza nas w zmierzch,
co jak milczenie zapada w niezręcznych
sytuacjach. na zaparowanych szybach
spierzchnięte palce rzeźbią widoki
na przyszłość. bo jutro jest takie dalekie.
nawarstwione plany odstają jak niedokończone
teksty. nakarmić kota, zebrać liście,
trzasnąć drzwiami ucinając obieg słów,
utknąć pomiędzy chlebem a nożem. wrzątkiem
a solą.
i jeszcze mieć odwagę odłożyć coś na później,
bez gwarancji i paragonu. że będzie.
fioletu zamyka nas w wydartych
kartkach kalendarza. mamy wreszcie
coś wspólnego, jak autobus. przypadkowa
poczekalnia. uprowadza nas w zmierzch,
co jak milczenie zapada w niezręcznych
sytuacjach. na zaparowanych szybach
spierzchnięte palce rzeźbią widoki
na przyszłość. bo jutro jest takie dalekie.
nawarstwione plany odstają jak niedokończone
teksty. nakarmić kota, zebrać liście,
trzasnąć drzwiami ucinając obieg słów,
utknąć pomiędzy chlebem a nożem. wrzątkiem
a solą.
i jeszcze mieć odwagę odłożyć coś na później,
bez gwarancji i paragonu. że będzie.
genotyp
blada skóra chłonie strumienie zimna,
bo taką mnie urodziła.
przepowiednie sięgały głębiej: żylaki,
gęste włosy i cera mieszana. donośny śmiech
jako bonus, bo szczęście też potrzebne w pojęciach.
rozbierają je na części wtórne, szukają przebarwień, nadużywają
pochopnie. widzisz, mam czyste ręce i sumienie, którym
potrafię przyswoić jesień. jak gorzkie tabletki.
dotknąć ziemi, przytulić drzewo.
powiesz mi zaraz, to wszystko już było.
stawało się nieraz. więc czemu
nie potrafisz mnie zacząć od nowa?
bo taką mnie urodziła.
przepowiednie sięgały głębiej: żylaki,
gęste włosy i cera mieszana. donośny śmiech
jako bonus, bo szczęście też potrzebne w pojęciach.
rozbierają je na części wtórne, szukają przebarwień, nadużywają
pochopnie. widzisz, mam czyste ręce i sumienie, którym
potrafię przyswoić jesień. jak gorzkie tabletki.
dotknąć ziemi, przytulić drzewo.
powiesz mi zaraz, to wszystko już było.
stawało się nieraz. więc czemu
nie potrafisz mnie zacząć od nowa?
neoromantyzm
obojętniejesz do wewnątrz od kiedy przestałeś czytać
sny Ci się buntują bo zielone tabletki
ale ja mam przestrzeń
wychodzisz frontowym oknem piąty raz od wczoraj.
drzwi się znudziły nie ten kolor kształt
faktura jak odciski dwutlenku węgla na moim
talerzu. przekrzyw mi horyzont, bo już mi się zdajesz
kupisz mi ładną doniczkę
pustą. bo oszczędzamy jak wszyscy
nawet na sobie
sny Ci się buntują bo zielone tabletki
ale ja mam przestrzeń
wychodzisz frontowym oknem piąty raz od wczoraj.
drzwi się znudziły nie ten kolor kształt
faktura jak odciski dwutlenku węgla na moim
talerzu. przekrzyw mi horyzont, bo już mi się zdajesz
kupisz mi ładną doniczkę
pustą. bo oszczędzamy jak wszyscy
nawet na sobie
o przyzwyczajeniach
wróciłam do starych przyzwyczajeń
nie, nie wystawiam na noc drewnianych dzwonków za okno
nie cukruję herbaty dwiema łyżeczkami
-nadal pijemy gorzką
wieczorem nie zapalam żarówek
wolę badać anatomię księżyca
łykając dym chybotliwych płomieni świec
imitujących zapach kawy
-łatwiej wtedy bawić się w chowanego
koc najlepszą kryjówką
lubię te rytuały.
i świadomość, że znów przyzwyczaiłam się
do Ciebie. obok.
nie, nie wystawiam na noc drewnianych dzwonków za okno
nie cukruję herbaty dwiema łyżeczkami
-nadal pijemy gorzką
wieczorem nie zapalam żarówek
wolę badać anatomię księżyca
łykając dym chybotliwych płomieni świec
imitujących zapach kawy
-łatwiej wtedy bawić się w chowanego
koc najlepszą kryjówką
lubię te rytuały.
i świadomość, że znów przyzwyczaiłam się
do Ciebie. obok.
czwartek, 17 stycznia 2008
jesienny
wycofuję z traw jesień. rozkład
wspomagany warunkami atmosferycznymi
i czasem, który wplatał naiwność w warkocze
zieleni. za plecami asfaltowa rzeka kipi impresją
dźwięków, przemijania. miesza się z powietrzem,
wstrząśnięte do połowy. dzieli biała linia,
bo milczenie musi wdać się w ranę,
zasklepić subtelnym szlifem.
upycham liście w koszu. schną.
wspomagany warunkami atmosferycznymi
i czasem, który wplatał naiwność w warkocze
zieleni. za plecami asfaltowa rzeka kipi impresją
dźwięków, przemijania. miesza się z powietrzem,
wstrząśnięte do połowy. dzieli biała linia,
bo milczenie musi wdać się w ranę,
zasklepić subtelnym szlifem.
upycham liście w koszu. schną.
ziemia
ziemiata ziemia nigdy nie była wybraną.
rzucona jak sieć na kręgosłupy,
zbyt słabe, by zatrząść,
pójść na połów. cele określone
w śnie anonimowym. tej nocy
nie spał, sen dzielony na troje
łagodny jak brzeg wanny. z niego łatwiej
się spada, zapomina. wychodzi poza
oczekiwanie, wada wrodzona.
rzucona jak sieć na kręgosłupy,
zbyt słabe, by zatrząść,
pójść na połów. cele określone
w śnie anonimowym. tej nocy
nie spał, sen dzielony na troje
łagodny jak brzeg wanny. z niego łatwiej
się spada, zapomina. wychodzi poza
oczekiwanie, wada wrodzona.
sztuczny
ktoś mógłby to nazwać potocznym ubywaniem,
obieraniem ze skórki sztucznych owoców
ułożonych na paterce, jeszcze z PRL-u. pomyśleć,
że każdy kiedyś o takiej marzył. każdy marzy o pięciu
palcach, żeby pierścionki i długopis,
ciepło i rękawiczki. zmieścić, a potem się znudzić.
teraz jeszcze usiłujemy próbować
wieści o nowym. rozgryźć, wypluć.
obieraniem ze skórki sztucznych owoców
ułożonych na paterce, jeszcze z PRL-u. pomyśleć,
że każdy kiedyś o takiej marzył. każdy marzy o pięciu
palcach, żeby pierścionki i długopis,
ciepło i rękawiczki. zmieścić, a potem się znudzić.
teraz jeszcze usiłujemy próbować
wieści o nowym. rozgryźć, wypluć.
wtorek, 15 stycznia 2008
autobusowy
ostatnie drganie słońca. impresja
fioletu zamyka nas w wydartych
kartkach kalendarza. mamy wreszcie
coś wspólnego, jak autobus. przypadkowa
poczekalnia. uprowadza nas w zmierzch,
co jak milczenie zapada w niezręcznych
sytuacjach. na zaparowanych szybach
spierzchnięte palce rzeźbią widoki
na przyszłość. bo jutro jest takie dalekie.
nawarstwione plany odstają jak niedokończone
teksty. nakarmić kota, zebrać liście,
trzasnąć drzwiami ucinając obieg słów,
utknąć. pomiędzy chlebem a nożem. wrzątkiem
a solą.
i jeszcze mieć odwagę odłożyć coś na później,
bez gwarancji i paragonu. że będzie.
fioletu zamyka nas w wydartych
kartkach kalendarza. mamy wreszcie
coś wspólnego, jak autobus. przypadkowa
poczekalnia. uprowadza nas w zmierzch,
co jak milczenie zapada w niezręcznych
sytuacjach. na zaparowanych szybach
spierzchnięte palce rzeźbią widoki
na przyszłość. bo jutro jest takie dalekie.
nawarstwione plany odstają jak niedokończone
teksty. nakarmić kota, zebrać liście,
trzasnąć drzwiami ucinając obieg słów,
utknąć. pomiędzy chlebem a nożem. wrzątkiem
a solą.
i jeszcze mieć odwagę odłożyć coś na później,
bez gwarancji i paragonu. że będzie.
Listopad
wkroczył do akcji o stałej porze wplatając
we włosy pierwsze znamiona zimy.
zmiany. część porządku, w którym
biel rozlewa się po płaskowyżu, wcina w kliny
drzew. zakrywa to, co łamie gałęzie,
nie tłumaczy jak złączyć. na zewnątrz
nieuniknione
jak zmęczenie - przychodzi w pustych dialogach
zdrapywanych z obić foteli. wtórność
zdarzeń. boli, a zwrotów nie będzie.
w bibliotekach kradną książki, ciągnie chłodem.
zrozum, to nie przestaje.
we włosy pierwsze znamiona zimy.
zmiany. część porządku, w którym
biel rozlewa się po płaskowyżu, wcina w kliny
drzew. zakrywa to, co łamie gałęzie,
nie tłumaczy jak złączyć. na zewnątrz
nieuniknione
jak zmęczenie - przychodzi w pustych dialogach
zdrapywanych z obić foteli. wtórność
zdarzeń. boli, a zwrotów nie będzie.
w bibliotekach kradną książki, ciągnie chłodem.
zrozum, to nie przestaje.
kuchenny
patrzę ponad, bo wygodniej.
masz coś w oczach, czego nie potrafię
oswoić. choć pierwsza będę ja.
słowa jak krzywo zrośnięty obojczyk
ścierają się na krawędziach, szarpią
dłoń czuje nierówności. poczekaj,
rozmasuję. kot zeskakuje z krzesła.
powolnym krokiem zbliża się do stóp
mierząc wzrokiem odległość. proces
łaszenia. mamy coś wspólnego.
masz coś w oczach, czego nie potrafię
oswoić. choć pierwsza będę ja.
słowa jak krzywo zrośnięty obojczyk
ścierają się na krawędziach, szarpią
dłoń czuje nierówności. poczekaj,
rozmasuję. kot zeskakuje z krzesła.
powolnym krokiem zbliża się do stóp
mierząc wzrokiem odległość. proces
łaszenia. mamy coś wspólnego.
poniedziałek, 14 stycznia 2008
06.04.2003
nie przejdzie. żadne zbawienie
ani kontynent odkryty na posłaniu.
łóżko stare i drewniane; prześcieradło
obszyte na granicach kobiecymi
dłońmi, bez zasłaniania się
maszynami, garstką prądu, wiązką
światła.
można pisać o umieraniu
jak o wyjściu na papierosa -
czuć jeszcze dym. bliżej.
zaraz będzie wiatr, odetchnie.
wyrzuci za burtę parę butów
i stare kurtki. wciąż leżą
w szafach, zawiasy skrzypią,
ktoś zagląda. nikt nie potrafi.
ani kontynent odkryty na posłaniu.
łóżko stare i drewniane; prześcieradło
obszyte na granicach kobiecymi
dłońmi, bez zasłaniania się
maszynami, garstką prądu, wiązką
światła.
można pisać o umieraniu
jak o wyjściu na papierosa -
czuć jeszcze dym. bliżej.
zaraz będzie wiatr, odetchnie.
wyrzuci za burtę parę butów
i stare kurtki. wciąż leżą
w szafach, zawiasy skrzypią,
ktoś zagląda. nikt nie potrafi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)